20.07
2017

Makijaż - sztuka, usługa, a może tylko biznes...?

Dodane przez Kobiece Atelier.

Zastanawiałaś się kiedyś, jak to wygląda od zaplecza?


Przychodzi baba do lekarza... - znaczy się: do wizażystki ;)


Siada. Nerwowo rozgląda się po stole, sprawdza, jakich firm są kosmetyki, bo to przecież najważniejsze! Za to się płaci, czyż nie? "O, ten podkład mam". "Taki widziałam w Rossmannie". "Ten jest tani". Narasta w niej przerażenie. Szuka wzrokiem żelazka do prasowania zmarszczek. "O, ten puder (to fluid, ale myli się jej), kosztował 300 zł". "Znaczy się, że dobry". "Fotoszop w płynie"! Uspokaja się. No to zaczynamy!

 

Nie do końca umie wytłumaczyć, jaki efekt chciałaby uzyskać, po prostu ma być ładnie, a wizażystka na pewno wie, co to dla niej oznacza. Za to jak u psychologa opowiada o swoim życiu, o ślubie córki, grzeszkach szefowej w pracy i pryszczach koleżanki. Jest zaskoczona, że makijaż trwa ponad godzinę, bo przecież sama maluje się w 15 minut. Jest zaskoczona, że ma na twarzy aż tyle produktów, że pomadka nie jest nieśmiertelna przez kolejne 3 dni z rzędu, że jej łzawiące oczy wyrywają dziury w cieniowaniu powieki i że przeszkadza makijażystce w pracy, gdy rozmawia przez telefon lub teatralnie używa swej miniki: macha nerwowo brwiami, gdy próbuje się je wyrównać, trzepocze rzęsami, gdy dokleja się sztuczne na bezdechu w maksymalnym skupieniu i nagle bez uprzedzenia wybucha śmiechem, gdy nakłada jej się czerwoną szminkę, a ta ląduje na brodzie i zębach... Trzeba zmyć. Makijaż potrwa jeszcze dłużej... No to idzie sobie zapalić. Przecież makijażystka ma czas.

 

 

Mówi, że chce makijaż brzoskwiniowy, pokazując palcem różowy cień w palecie. Mówi o rudym, gdy nakładam jej bordo. Burgund nazywa czerwienią. Pokazuje zieloną sukienkę weselną, krzycząc już z korytarza: "Ale ja nie chce zielonych oczu"! Zapytana, czy chce mieć mocne krycie podkładu, czy bardziej naturalne, odpowiada bez wahania: "Jasne, bo nie chce zbyt ciemnego, nie może się przecież odcinać od szyi"... (serio??!!), a potem składa reklamację, bo mąż mówi, że jest blada... (bo ma w końcu idealnie dobrany podkład, a mąż się już w międzyczasie przyzwyczaił do tej jej codziennej cegły) - no właśnie, bo generalnie ona popełnia podstawowy błąd i w ogóle pyta faceta o zdanie... Facet zawsze powie, że tapeta, że po co to, co ty masz na twarzy, po się malujesz... - ale te koleżanki "zrobione" to super laski są. "No ale ty się nie maluj. Szkoda kasy". On lubi naturalny wygląd, tyle że z czerwonymi ustami ;)

Tłumaczy mi, że się świeci, że trzeba ją zmatowić, tymczasem widzę wyraźnie, że jej skóra woła o szklankę wody. Od miesięcy jest przesuszona, bo nie ma czasu na takie podstawy jak peeling i krem. Ciągle dotyka się palcami, na co dzień używa pędzli i gąbki, których od nowości ani razu nie umyła i - o dziwo - akurat wczoraj wyskoczył jej pryszcz... Tak bez powodu!... Pielęgnacja leży i kwiczy, ale przecież płaci za make up, który naprawi błędy i zaniedbania sprzed lat... ;)

 

Dobrnęłyśmy do końca, chwyta za lusterko. Jeszcze nie do końca się w nim rozpoznaje, ale podoba się jej ta nowa wersja jej samej. Z każdym spojrzeniem bardziej. Z boku, z przodu, z dołu, z góry... Jest zachwycona! Nigdy tak nie wyglądała! :) Zapytana, czy chciałaby coś zmienić, wzmocnić, np. konturowanie lub usta, odwraca się do szanownego jury w postani koleżanki, mamy, faceta czy siostry, a najlepiej wszystkich razem wziętych. Oceniają, komentują, dyskutują, poprawiają, sugerują: przecież są fachowcami. Tyle, że każdy ma inne zdanie. Oj, namieszali jej w głowie. Już sama nie wie... A przecież makijażystka pytała o JEJ samopoczucie, a nie o zdanie jej bliskich... bo to ONA ma się czuć wspaniale... Wychodzi stąd niby zadowolona, ale jednak jej pewność siebie bezpowrotnie pogrzebało jury. Nie mówi o tym makijażystce, ale ma poczucie, że przepłaciła. Dopada ją frustracja. Zmywa się lub poprawia sama co nieco. Wysyła zdjęcie zrobione telefonem koleżance, w tragicznym świetle, no i teraz już obie narzekają... Za te pieniądze to przecież powinna wyglądać jak milion dolarów, a nie pół biedy!

 

Może byłoby inaczej, gdyby porozmawiała z wizażystką i dała szansę sobie i jej na poprawki...

 

OK, A TERAZ TROCHĘ O MNIE :)

 

Powyższy tekst nieco demonizuje relacje wizażystka-klientka, jednak nie jest on wyssany z palca. Nie bierz go do siebie. Mam wspaniałe Klientki, bardzo świadome i dażące mnie zaufaniem, a teksty i sytuacje nakumulowane powyżej sprowadzają się do przekroju mojego ponad 10-letniego doświadczenia plus Wasze opowieśni o pechowych wyborach i niedomówieniach z usługodawcami.

Dlatego pomyślałam, że opowiem Ci trochę o tym, jak to wygląda od kuchni. Może dzięki temu, gdy kiedykolwiek wybierzesz się do jakiejś profesjonalnej wizażystki, usługa przez nią wykonana spełni w 100% Twoje oczekiwania, nie doświadczysz irytacji i będziesz umiała odróżnić tandetę od klasyki, dobrze nazwiesz swoje potrzeby i tym sposobem wydane pieniążki nie będą pożałowane :)

Pierwsze, co przychodzi mi na myśl i od czego ja osobiście jako wizażystka zaczynam moje spotkanie z Klinetką to... wywiad. Tak. Rozmowa trwa od kilkunastu minut nawet do pół godziny. Chcę wiedzieć wszystko: co lubisz, czego nie tolerujesz, jaką masz wizję siebie, jaką kreację, dodatki. Przyglądam się Twojej skórze, Ty o niej opowiadasz. Dlaczego to jest takie ważne? Ano dlatego, że "ładny makijaż" dla każdej z nas oznacza zupełnie co innego. Uwierzcie mi, tak właśnie jest. Tak samo jak hasło "delikatne" jest szalenie płynnym w tej dziedzinie :) Jedne z nas malują się dzień w dzień tak, jak inne wychodzą tylko na klubową imprezę. Te, które na co dzień są saute, na wesele nie udźwigną niczego więcej prócz korektora, różu i tuszu do rzęs! Idąc dalej tym tropem: mogę wykonać Ci makijaż idealnie dopasowany do Twojej urody, w którym będziesz wyglądać fantastycznie w oczach moich i innych, ale Ty nigdy nie poczujesz się w nim dobrze, bo - powiedzmy - nienawidzisz turkusu. Ale nie powiedziałaś mi o tym, a ja nie wywróżyłam tego z fusów po kawie... Wydaje się to być oczywiste, ale tak wiele pań, siadając na krzesło przed makijażem, zwyczajnie o tym zapomina... :) Nie chodzi o to, abyśmy szły do wizażystki na zasadzie "mądrzejsze jajo od kury" i tluamczyły jej prozaiczne rzeczy. Ja osobiście na tekst "żeby tylko podkład się nie odcinał od szyi" cała się gotuję, bo czuję się posądzona o możliwość dopuszczenia się tak kardynalnego i amatorskiego błedu... Dlatego ufaj swojej wizażystce, przecież chce ona dla Ciebie jak najlepiej, podpisuje się swoim nazwiskiem pod swoją pracą, a Twoja twarz jest jej żywą reklamą! Ufaj, ale jednocześnie powiedz śmiało, czego oczekujesz i co lubisz. Jednocześnie dobrze mnie zrozum: to nie jest tak, że jesteśmy nieomylne. Czasem pomimo wnikliwego wywiadu możemy z czymś nie trafić, bo nie czytamy w myślach. Za to lubię makijaże próbne: można wszystko poprawić. Dlatego jeśli nie jesteś do czegoś przekonana: powiedz mi o tym od razu. Jestem od poprawiania jak dupa od srania ;) Nie obrażę się: chcę, abyś wyszła zadowolona w 100%, a nie wyszła i obgadała mnie lub nie daj Boże się zmyła i nigdy do mnie nie wróciła...
No! To chyba się rozumiemy? :) 

 

Staram się, aby makijaż pasował nie tylko do Twojej urody, stylizacji i był zgodny z Twoimi upodobaniami, ale też byś poczuła się odświętnie i wyjątkowo. Dlatego pozwól sobie czasem na odstępstwa od swoich przyzwyczajeń: o to chodzi w makijażu, aby wyglądać inaczej niż zwykle. Często Klientki po 2-3 godzinach "dochodzą do siebie" i piszą mi, że make up jest zajebisty, choć w pierwszej chwili nie były przekonane do czegoś. Sama będąc malowana przez kogoś na kursach potrzebuje chwili, aby się rozpoznać i oswoić sama ze sobą :) Inaczej wcale nie znaczy gorzej :) Pamiętaj, że chcę dla Ciebie jak najlepiej, a sam proces wykonywania usługi ma być relaksem i przyjemnością, więc może zostaw tym razem narzeczonego i mamę w domu: skup się na sobie, ja skupię się na Tobie i wspólnymi siłami stworzymy coś pięknego :)



Zostaje jeszcze kwestia wyboru "fachowca". W dobie internetu, aplikacji upiększających i fotoszopa, łatwo trafić na wizażystkę, która zwyczajnie oszukuje. Wysłuchałam wielu takich historii, od rozczarowania i wątpliwości po wracanie z kapturem na głowie włącznie. Myślę, że nie jesteśmy w stanie wyeliminiować tego czynnika do zera, ale moja sugestia jest taka, żebyście korzystały po prostu z usługodawców polecanych przez Waszych bliskich, sprawdzonych. No i, na Boga, chodźcie do wizażystek, a nie do kosmetyczek!!! Tak samo jak ja nie umiem wykonać mikrodermabrazji, tak samo one nie umieją zrobić makijażu. Nie mówię o osobach, które się szkolą w tym zakresie, ale ogólnie rzecz ujmując - sprawdzone u źródła info - kosmetyczki w szkołach o makijażu mają może jedne zajęcia, mówiące o tym, jak nałożyć podkład i wytuszować klientce rzęsy, aby nie wyszła "goła" na ulicę po zabiegu. Natomiast make up ślubny to zupełnie inna historia... ;)

Jest jeszcze jedna historia, ma na imie HIGIENA PRACY, ale pozwólcie, że nie będę się tu rozpisywać na jej temat, bo oszaleję. Są "profesjonalistki", które nawet nie słyszały o jednorazowych szczeteczkach do tuszu do rzęs, o dezynfekcji palet nie wspomnę, a dotykanie twarzy spoconymi dłońmi jest powszechne... Osobiście, będąc malowana na kursach przez innych uczestników, zwyczajnie się tego brzydzę... ;) A zgodnie z hasłem "nie czyń drugiemu, co Tobie niemiłe..." :-))) Nie czynię :-)))

Jeśli dobrnęłyście z lekturą do końca, to mam nadzieję, że zorientowałyście się, że nikogo nie próbuję obrazić czy wyśmiać, a moje "gorzkie żale" wylewam tu tylko po to, by ułatwić obu stronom współpracę - i tylko tak chciałabym, abyście odbierały ten tekst :) Buziaki!

Strona, którą teraz oglądasz używa ciasteczek. Wykorzystywane one są do poprawnego działania rozszerzeń społecznościowych (np. dodatki Facebooka) oraz do badania ruchu na stronie (GoogleAnalytics), a także do zapamiętania ustawień dotyczących tej informacji. Jeśli nie chcesz się zgodzić na takie ich wykorzystywanie, możesz zablokować możliwość ich używania w ustawieniach swojej przeglądarki internetowej.
[zgadzam się na wykorzystywanie ciasteczek przez tą stronę]